6. Seks na nowo uspołeczniony

 

Społeczności zbieracko-myśliwskie

Nasza wiedza o społecznych formach życia wczesnych ludzi jest jeszcze bardzo szczupła. Niewiele mogą nam tutaj pomóc pozostałości kostne pochodzące z wykopalisk, bardzo odległe stają się też analogie z małpami naczelnymi. Pora więc sięgnąć po trzeci możliwy punkt odniesienia, a mianowicie po porównanie z trybem życia plemion tradycyjnych. Można sądzić, iż formy zachowań występujące w tych społecznościach są, spośród wszystkich nam znanych, najbliższe człowiekowi pierwotnemu. Dawniej określano te społeczności jako „dzikie”, dzisiaj już wiemy, że wszelkie podziały na społeczeństwa dzikie, pierwotne czy prymitywne oraz rozwinięte czy nowoczesne są pozbawione podstaw i mają znaczenie czysto umowne, wynikające z dawniej przyjętego w antropologii nazewnictwa. Społeczeństwa, które są pierwotne w sensie zaawansowania cywilizacyjnego czy technologicznego, mogą mieć wysoce złożone, rozwinięte i wyrafinowane instytucje społeczne. Instytucje, które są najlepiej dopasowane do ich potrzeb i które nie ulegały dalszej modernizacji, ponieważ nie było takiej potrzeby.

Najwięcej danych w tym zakresie dostarcza nam nauka zwana etnologią, która zajmuje się studiami porównawczymi nad kulturami różnych ludów. Dla porządku dodajmy, że jej nazwa ukuta została od greckiego słowa éthnos‚ czyli „lud, plemię”. Żywym zainteresowaniem otacza tę problematykę również antropologia społeczna, jak lubią mówić Brytyjczycy, lub antropologia kulturowa, jak wolą nazywać tę dyscyplinę inne nacje.

Przekonanie o bliskiej łączności pomiędzy formami społecznymi plemion tradycyjnych a strukturami społecznymi wczesnych ludzi jest dość rozpowszechnione. Według R. Lekaeya, już wczesny Homo erectus zapoczątkował zbieracko-łowiecki tryb życia. Polegał on na unikalnej, niespotykanej u ssaków specjalizacji aktywności życiowej dorosłych osobników wedle płci – mężczyźni polowali i dostarczali mięsa oraz zapewniali ochronę, natomiast kobiety zbierały pokarm roślinny, przygotowywały posiłki i wychowywały dzieci. Z czasem wytworzyły się struktury społeczne, które przetrwały do dzisiaj u współcześnie istniejących plemion łowców i zbieraczy: niewielkie, około 25-osobowe wędrowne grupy złożone z dorosłych osobników obu płci oraz z ich dzieci, zrzeszające się wraz z sąsiednimi grupami w rodzaj kilkusetosobowych plemion (41; 90-106).

Przemiany społeczne, które doprowadziły do wytworzenia znanego nam dzisiaj kształtu zbiorowego życia seksualnego ludzi, były z pewnością stopniowe i powolne, obejmowały różne obszary życia społecznego. Zwrócimy tutaj uwagę na kilka z tych zasadniczych i przełomowych zmian.

 

Dole i niedole młodości

Jak pamiętamy, już u naczelnych stosujących haremy pojawia się wydzielona kategoria osobników, tak zwane grupy kawalerów, które zepchnięte zostały na margines wspólnoty jako konkurencja seksualna dla samców dominujących. Można przypuszczać, że podobne grupy młodych emigrantów o wspólnocie celów realizowanych poza społecznością – a może nawet przeciwko rodzimej społeczności – tworzyły się także u homininów. W nich właśnie można by się doszukiwać początków kategorii społecznej, którą nazywamy dzisiaj młodzieżą. Grup takich, co oczywiste, nie tworzyły młode samice. Nie ma też ich odpowiednika u tych naczelnych, które nie znają organizacji haremowej, na przykład u szympansów. Na ogół bowiem młode po osiągnięciu dojrzałości seksualnej stają się po prostu samcem lub samicą, nie ma wyodrębnionego w życiu jednostki okresu, który można by nazwać okresem młodzieńczym. Na pojawienie się u człowieka okresu młodości znaczny wpływ wywarło z pewnością wspomniane wcześniej zjawisko neotenii oraz wydłużenie okresu dojrzewania. Różne formy organizacji grup młodzieżowych wydają się mieć jednak rodowód właśnie w owych pradawnych grupach kawalerów, stanowiących grupową reakcję młodych samców na haremową barierę w rozwoju ich seksualności.

Wyraźnie pokazują to różnice w zachowaniach grupowych młodzieży męskiej i żeńskiej. Różnego rodzaju grupy młodzieżowe noszą charakter specyficznie męski. Bardzo nieliczne są spontanicznie tworzone ugrupowania złożone z samych kobiet. Zdaje się więc, że to w tych odległych ewolucyjnie czasach tkwią korzenie wyraźnej społecznej odrębności młodzieży, z jej grupowymi strukturami, własną hierarchią statusu i hierarchią wartości, z odrębnymi subkulturami. Niezwykle silna solidarność grupowa jest podstawą band podwórkowych czy koleżeńskich, wojska, męskich klubów, a nawet grup przestępczych. W tamtych czasach tkwią też zapewne ewolucyjne korzenie takich zachowań jak stadne zachowania kibiców sportowych czy wojny gangów młodzieżowych, a także wszelkiego typu bunty czy rewolty pokoleniowe, młodzieżowe. Bardzo ciekawe byłoby zatem rozpatrzenie, jak problem młodych pokoleń, a zwłaszcza problem zbędnych niegdyś młodych samców w grupie rozwiązały społeczeństwa tradycyjne.

Inicjacja chłopców

We wszystkich społecznościach tradycyjnych młodzież męska, czego należało się spodziewać, została włączona do wspólnoty. Inaczej byłoby to w istocie marnotrawstwo wielkiego potencjału biologicznego, intelektualnego i społecznego. Ten punkt widzenia zdają się zresztą podzielać dzisiejsze społeczności tradycyjne, ponieważ okres dojrzewania jest traktowany przez nie jako szczególny, niezwykle doniosły etap życia. Ostro to kontrastuje z obserwowanym na wcześniejszych etapach rozwoju ewolucyjnego bardzo niskim, podrzędnym statusem społecznym młodych osobników. Teraz przyszła pora na ich rehabilitację, na uznanie ich roli w podtrzymywaniu, rozwijaniu i przedłużaniu życia wspólnoty, na nadanie im pełni praw. Ta przełomowa chwila jest w sposób szczególny podkreślana poprzez specjalne rytuały, mające w sugestywny sposób uzmysłowić młodym osobnikom i całej społeczności wagę dokonującej się przemiany – rytuały inicjacyjne.

Inicjacja, aczkolwiek wprost związana z dojrzewaniem seksualnym, jest obrzędem rozbudowanym i okazałym, znacznie wykraczającym poza sferę czysto seksualną, toteż niekiedy nazywa się ją inicjacją dojrzałościową. Poprzedza ją zwykle czasowe odosobnienie nowicjuszy. Bywa ono niekiedy inscenizowane w sposób dość brutalny, na przykład poprzez porwanie lub pozostawienie ich w leśnej głuszy. Potem następuje sprawdzenie wytrzymałości młodzieńca oraz jego odwagi. Polega to na poddawaniu go różnym próbom sprawnościowym lub rytualnym okaleczeniom, takim jak tatuaż bliznowy czy obrzezanie. Ważną częścią obrzędu jest inicjacja seksualna. Dokonuje się wtedy sprawdzenia posiadanych przez młodzieńca wiadomości i doświadczeń seksualnych, w tym także praktycznych, na przykład poprzez inscenizowanie stosunków seksualnych. Często też inicjacja obejmuje wprowadzenie adeptów w sekretne rytuały plemienne.

Obrzędy inicjacji były przedmiotem zainteresowania wielu uczonych, lecz do dzisiaj zachowuje aktualność niezrównana ich analiza dokonana jeszcze w 1909 roku przez francuskiego etnologa Arnolda van Gennepa (27; 2-11). Autor ten nazwał rytuały inicjacyjne rytuałami przejścia, czyli takimi, które mają zaznaczyć decydujące momenty w życiu jednostki, momenty przekroczenia granicy pomiędzy różnymi stanami, różnymi fazami życia. Wyróżnił on trzy podstawowe etapy każdego obrzędu przejścia:

  1. moment separacji jednostki, wyłączenia z poprzedniego stanu,
  2. okres jej marginalizacji, to znaczy pozostawania w izolacji,
  3. akt agregacji, czyli ponownego włączenia jednostki w grono społeczności, ale już z nowo nadanym statusem (8; 104-106).

Ryc. 12. Obrzezanie chłopców w starożytnym Egipcie.

 

Istotną częścią obrzędu inicjacji jest zazwyczaj obrzezanie chłopców, które polega na ucinaniu im wolnej, dającej się zsunąć części napletka. Naukowcy nie zdołali jednoznacznie rozstrzygnąć, jaki jest sens tego rytuału. Sprawdzenia wytrzymałości na ból można przecież dokonać na wiele innych sposobów. Podaje się zatem najróżniejsze możliwe wyjaśnienia. Najczęściej powiada się, że jest to:

  • zabieg higieniczny, mający ułatwić usuwanie zanieczyszczeń spod napletka;
  • symboliczne, duchowe oczyszczenie młodego człowieka, mające zarazem osłabić jego popęd seksualny i skłonność do masturbacji;
  • zaznaczenie przynależności młodzieńca do męskiej części wspólnoty;
  • dowód przeistoczenia dziecka w mężczyznę (31; 14).

Dość oryginalne wyjaśnienie powstało na gruncie psychoanalizy. Według klasycznej koncepcji Zygmunta Freuda jest to symboliczna kastracja dojrzewającego chłopca, mająca zapobiec jego konkurencji seksualnej wobec ojca. Koncepcję tę gruntownie zmodyfikował amerykańsko-aus­triacki psychiatra i psychoanalityk Bruno Bettelheim, który uważa, że właściwie wszyscy przejawiamy nieświadomą zazdrość o organy płciowe i funkcje seksualne płci odmiennej. Obrzezanie chłopców miałoby być symboliczną czy też magiczną próbą przejęcia przez mężczyzn atrybutów kobiecej płodności. Zabieg ten wiąże się bowiem z wywołaniem krwawienia podobnego do krwawień miesięcznych kobiet, a także z chirurgiczną modyfikacją penisa, mającą upodobnić go do waginy. Szczególnie wyraźnie mamy do czynienia z takim upodobnieniem w spotykanych niekiedy, głównie na terenie Australii, zabiegach polegających na podłużnym rozcinaniu penisa lub nawet na częściowym podcinaniu moszny (4; 247).

Wybitny rumuński religioznawca i filozof Mircea Eliade obrzędy tego rodzaju nazywa inicjacją plemienną lub inicjacją do grupy wiekowej (dojrzałościową) i uznaje je za akty kultowe, religijno-magiczne. Poprzez nawiązanie do najdawniejszych dziejów plemienia, jego mitycznych początków, mają one odnowić, dzięki interwencji sił nadprzyrodzonych, siły witalne społeczności. Odosobnienie nowicjuszy oraz ich okaleczenie miałyby symbolizować śmierć – odejście postaci dziecięcej człowieka, przejawiającej się w aseksualności i niewiedzy. Inicjacja oznacza natomiast nowe narodziny człowieka w postaci już dojrzałej,
a więc otwartej na poznanie, na seksualność i na pełnię życia (18; 36-45).

W świetle naszych wcześniejszych rozważań nie sposób nie zauważyć, że inicjacja dojrzałościowa chłopców ma wyraźny związek z ewolucyjnymi dziejami tej grupy wiekowej. Obrzędowe odosobnienie uznać można za reminiscencję tych nieszczęśliwych czasów, w których młodzież męska rzeczywiście była poza nawiasem społeczności, rzeczywiście była marginalizowana. Sens obrzezania ma natomiast, jak się zdaje, charakter społeczno-seksualny. Jest to obrzęd, który poprzez uszkodzenie i pomniejszenie penisa miał podkreślać podporządkowaną rolę młodych wobec dorosłych mężczyzn. Ta ostatnia myśl jest dość bliska koncepcji Freuda, ale jest bardziej osadzona w kontekście społecznym – dla ojca psychoanalizy tak zwany kompleks kastracji rozgrywa się bowiem tylko w obrębie rodziny, w proponowanym przez nas ujęciu jest on raczej problemem całej społeczności starszych mężczyzn. Konstatację taką zdaje się potwierdzać charakterystyczne zróżnicowanie ról, jakie występuje zazwyczaj w przebiegu obrzędu inicjacji. Otóż do wykonywania najważniejszych czynności dopuszczeni są nie wszyscy dorośli mężczyźni, lecz tylko ci najbardziej wtajemniczeni, swego rodzaju mistrzowie inicjacji. Pokazuje to, jak ważną rolę w ceremonii inicjacji odgrywa aspekt sprawowania kontroli nad dystrybucją prestiżu i przywilejów wewnątrz grupy.

Ciekawe, że w niektórych plemionach australijskich i nowogwinejskich inicjacja obejmuje też pozorowane stosunki homoseksualne, odbywane z adeptem przez starszych mężczyzn. Mimo że zwyczaj ten nie jest zbyt rozpowszechniony, to jego obecność w rytuale – w istocie swej właściwie wybitnie heteroseksualnym – skłania do zastanowienia. Czemu mogłoby to służyć? Charakter ściśle seksualny takich zachowań ma tu najpewniej niewielkie znaczenie. Są to zachowania przede wszystkim rytualne, symboliczne, a ich główną rolą jest, jak można się domyślać, określenie statusu społecznego inicjowanego młodzieńca. Stronie biernej w stosunku homoseksualnym przypisywana jest bowiem zwykle niższa, podporządkowana pozycja. Dlaczego jednak ustalenie statusu społecznego inicjowanych było tak ważne? Jeśli pierwotnym celem inicjacji było zakończenie banicji młodzieży męskiej i wbudowanie, wplecenie jej w strukturę wspólnoty, to chodzić tu może o to, by dokonało się to bez podważania praw starszych mężczyzn. Temu właśnie celowi służyło nadanie młodziutkim mężczyznom w trakcie inicjacji wstępnej, niższej rangi społecznej.

Zwraca się często uwagę, że inicjacja obejmuje przede wszystkim chłopców, inicjacja dziewcząt jest znacznie rzadszym – i chyba wtórnym, naśladowczym – zwyczajem. Tłumaczy się to tym, że dzięki cyklom miesięcznym przemiany biologiczne związane z dojrzewaniem są u kobiet wyraźnie zaznaczone, nie wymagają więc właściwie dodatkowego potwierdzenia. Takie wyjaśnienie wydaje się jednak niepełne. Inicjacja dojrzałościowa jest pojęciem szerszym niż tylko wprowadzenie do życia seksualnego. Nic nie stało więc na przeszkodzie, by objąć nią obie płcie. Zauważyć nadto należy, że jeśli już plemię dokonuje inicjacji dziewcząt, to nie jest to inicjacja grupowa, zbiorowa, jak w przypadku chłopców, lecz indywidualna. Pokazuje to dobitnie, że chodziło przede wszystkim o potrzebę ponownego włączenia całych marginalizowanych wcześniej grup młodzieży męskiej w obręb społeczności. Potrzeby takiej nie było w przypadku dziewcząt, ponieważ płeć żeńska z samej swej biologicznej natury nie może być odsuwana na margines przed społeczność żadnego gatunku – to na niej przecież spoczywa główny ciężar reprodukcji.

Inicjacja dziewcząt

W społecznościach, w których praktykuje się inicjację dziewcząt, obrzęd ten przeprowadza się po przejściu przez dziewczynkę pierwszej w życiu miesiączki – me­narche. Obrzędy tego typu są dość zróżnicowane. Najczęściej obejmują one czasowe odosobnienie dziewcząt, rytualną deflorację lub ceremonialne oczyszczenie. Niekiedy dochodzą do tego zabiegi obrzezania, jakie praktykują przede wszystkim liczne plemiona w Afryce oraz niektóre ludy południowo-wschodniej Azji. Zabiegi takie występują w różnych formach. Najczęściej dokonuje się wycięcia łechtaczki, czyli klitoridektomii. Czasem wycina się też wargi sromowe, a niekiedy zabieg obejmuje zszycie warg sromowych, czyli tak zwaną infibulację.

Sensu tych wyjątkowo krwawych i niebezpiecznych zabiegów uczeni na ogół doszukują się w chęci zapewnienia sobie przez męską część społeczności wierności seksualnej kobiet. Operacja genitaliów ograniczać ma kobietom przyjemność z doznań seksualnych, a zatem ma przeciwdziałać ich skłonnościom do zdrady. Kwestia przyczyn obrzezywania dziewczynek jest jednak daleka od pełnego wyjaśnienia. Warto byłoby sprawdzić na przykład, czy istotnie u plemion dokonujących takiego obrzezania jest mniej zdrad i panuje mniejsza rozwiązłość seksualna w porównaniu z innymi społecznościami. Obrzęd ten jest, jak się zdaje, swego rodzaju imitowaniem obrzezania chłopców. Za jego pomocą męska część społeczności z pewnością próbowała sprawować kontrolę nad kobiecą seksualnością, a szczególnie próbowała radzić sobie z lękiem przed tą seksualnością. Nie przypadkiem głównym „podejrzanym” w tej sprawie jest intrygująca, zagadkowa miniaturka penisa w żeńskich organach płciowych, czyli łechtaczka. To ona w pierwszej kolejności jest usuwana. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że jeśli jest dokonywana defloracja dziewczynek, to nie dokonują tego bynajmniej ich rówieśnicy lub partnerzy, lecz jacyś ważni, doświadczeni członkowie starszyzny plemiennej. Wyraźnie to pokazuje, że głównym celem jest zmniejszenia bariery lęku u młodych mężczyzn.W każdym razie znaczenie inicjacji dziewcząt jest, jak widać, zupełnie odmienne aniżeli znaczenie inicjacji męskiej i wynika ze stanu ogólnych relacji pomiędzy obiema płciami.

Zdumiewająca jest też różnica w podejściu do kwestii inicjacji seksualnej młodzieży w dzisiejszym społeczeństwie oraz w dawnych społecznościach. Dzisiaj sprawy tego rodzaju pozostawia się w gestii zainteresowanych młodych osób. W najlepszym wypadku dostarcza im się garści informacji dotyczących anatomii i fizjologii, natomiast samej inicjacji muszą dokonać samodzielnie i na osobności. Społeczności tradycyjne nie zdają się tu na bieg przypadku i dokonują praktycznego wprowadzenia w życie seksualne w publicznej ceremonii. Ten rozziew pomiędzy obydwoma modelami obyczajowymi musi dziwić. W odniesieniu do modelu bardziej pierwotnego, bliższego zwierzęcej naturalności, spodziewać by się należało, że młodzież mniej potrzebuje dodatkowego, niejako sztucznego wsparcia ze strony społeczności, natomiast wsparcie takie byłoby całkiem zrozumiałe w zaawansowanym cywilizacyjnie modelu społeczeństwa. Tymczasem jest zupełnie na odwrót. Dlaczego? Otóż zdaje się to potwierdzać raz jeszcze linię naszego rozumowania. Uprzednie wyalienowanie, zmarginalizowanie młodzieży męskiej dokonało tak wielkiego wyłomu w spójności grupy, że konieczne były specjalne, sztuczne zabiegi, by na powrót włączyć ją w pełnoprawne życie społeczności. Dzisiaj tego po prostu już nie potrzebujemy. Młodzież jest wystarczająco akceptowana i dowartościowana.

Młodzież zrehabilitowana

Po obrzędowej inicjacji życie seksualne młodych osób podlega w społecznościach pierwotnych dość ścisłym regulacjom, podobnie zresztą jak całość życia we wspólnocie. Regulacje te zawierają się w zakresie od prawie całkowitej swobody seksualnej, poprzez różnorakie jej ograniczenia w stosunku do jednej lub obu płci, aż po nakaz całkowitej wstrzemięźliwości. Większość społeczności pozostawia wszakże młodzieży pewien zakres swobody, co zresztą młodzi skwapliwie wykorzystują, wielokrotnie zmieniając partnerów przed definitywnym ustatkowaniem się. Ułatwia im to zwyczajowe separowanie młodzieży od dorosłych w przeznaczonych specjalnie dla nich domach panien i domach kawalerów. U Triobrandczyków domy takie noszą nazwę bukumatula i mieszczą kilka młodych nieformalnych par. Najbardziej rozwinięty system takich domów wypracował środkowoindyjski lud Mauriów, który rozróżnia aż trzy odrębne ich rodzaje, choć opatruje je wspólną nazwą ghotul. Wiąże się z nimi niezwykle bogata i złożona obyczajowość, której opis z żalem musimy tutaj pominąć z uwagi na szczupłość miejsca (31; 44-54).

Jeśli przypomnimy dość dramatyczne losy młodych samców u wczesnych homininów, to zastanawiające musi się wydać, jak doszło do tak gruntownej odmiany ich losu – od życia na wygnaniu i w abstynencji seksualnej do pełnego zaspokojenia ich potrzeb seksualnych w ramach macierzystej wspólnoty. Wątpliwości raczej nie budzi cel tych przemian. Chodziło o zwiększenie siły i pozycji danej wspólnoty wobec wspólnot konkurencyjnych. Interesujące jest natomiast, jaka była droga dojścia do tego bardziej harmonijnego ułożenia stosunków wewnątrz grupy. Nie mogło się to dokonać od razu, po drodze były zapewne różne stany przejściowe. Dowodem istnienia takiego przejściowego statusu młodzieży męskiej jest zwyczaj, jaki występuje u Indian brazylijskich Mehinaku. Jedenastoletni chłopcy są na trzy lata oddzielani w chatach rodzinnych drewnianym przepierzeniem zbudowanym przez ojca. W czasie tego przymusowego odosobnienia dostarcza im się tylko żywność. Gdy chłopiec zaczyna się podstępnie wykradać z celi i udawać się na randki, ojciec burzy przegrodę, uwalnia syna i włącza go do społeczności. Przykład ten niemal modelowo pokazuje, jak następowały przemiany sytuacji społecznej młodzieńców. Dawne kilkuletnie wygnanie poza obręb grupy zamienia się w swoistą „emigrację wewnętrzną”, separację wykonywaną na miejscu. Ma to nadal zapobiegać rywalizacji z dorosłymi. Gdy młodego człowieka nie da się już dłużej utrzymać z dala od kobiet, inicjuje się go na nowego, pełnoprawnego członka społeczności, lecz podporządkowanego dorosłym.

O ile odosobnienie w obrzędzie inicjacji jest, jak się zdaje, symboliczną pamiątką po wypędzeniu poza obręb społeczności, to domy kawalerów były raczej pewnego rodzaju kontynuacją dawnych wędrownych grup kawalerów. W pewnym momencie postanowiono znaleźć dla nich jakieś miejsce w obrębie wioski. Było to znakomite rozwiązanie. Z jednej strony honorowano w ten sposób silne więzy, jakie zdążyły się już zadzierzgnąć w grupach młodzieżowych, a z drugiej strony ojcowie pozbywali się z własnych chat konkurencji seksualnej. O tym przejściowym charakterze domów młodzieży świadczyć może niejednoznaczny status budynków, które zajmowali. W zdecydowanej większości kultur nie są to budynki specjalnie dla nich przeznaczone, lecz służące celom ogólnowioskowym, na przykład religijnym, politycznym, czy nawet gościnnym. Młodzież miała tam prawo tylko nocować, przynosząc zresztą na każdą noc własne maty do spania. Funkcję internatową tych zabudowań dołączono więc znacznie później do funkcji wypełnianych uprzednio, a i to w sposób bardzo prowizoryczny i oszczędny.

W przypadku najwcześniejszych homininów i australopiteków mieliśmy poważny problem, by stwierdzić, w jaki sposób chroniły się one przed niebezpieczeństwem krzyżowania wsobnego. Wcześniej radzono sobie z tym za pomocą emigrowania z grupy młodych jednej z płci. W warunkach niebezpiecznej sawanny nasi przodkowie preferowali raczej zatrzymywanie w grupie dojrzewających samic, a do emigracji skłaniali młodych samców. Z chwilą dokonania rehabilitacji młodzieży męskiej zaczęto zapewne pozostawiać w grupie zarówno młodzież żeńską, jak i męską. Problem wsobności pojawił się zatem na nowo z całą ostrością. Ludzkość coraz mniej mogła tu polegać na wrodzonym instynkcie, toteż niejednokrotnie miała, jak to wkrótce zobaczymy, poważne trudności, by uporać się z tym zagrożeniem. Ostatecznie wytworzył się powszechnie występujący u ludzi i dość precyzyjnie określony zakaz kazirodztwa, czyli zakaz poślubiania osób blisko ze sobą spokrewnionych. Był to więc zakaz bardziej precyzyjny, wycelowany w konkretne rodziny, nie zaś obejmujący, jak instynktowna filopatria albo migracja młodych, całą społeczność.

 

Początki intymności

Pierwsze społeczności ludzkie były na pewno grupami wędrownymi, nieustannie poszukującymi nowych źródeł pożywienia. Wielkim przełomem stało się wynalezienie domostw, początkowo w obrębie tymczasowej tylko osady. Szukając osłony przed deszczem, wiatrem, upałem czy drapieżnikami, jeśli nie było w pobliżu naturalnych osłon, zaczęto wznosić różnego rodzaju szałasy, chaty lub ziemianki. Po wyczerpaniu lokalnych zasobów żywnościowych przenoszono się na inne miejsce. Najstarsze znane ślady budownictwa mieszkalnego pochodzą sprzed około 400 tysięcy lat. Pozostałości chaty na plaży nieopodal Nicei zachowały się dzięki użyciu do budowy kamieni stanowiących obwałowanie wokół drewnianej ściany z żerdzi. Można przypuszczać, że prostsze budowle, wyłącznie drewniane, wykonywano dużo wcześniej, lecz nie zachowały się do naszych czasów. Te pierwsze domostwa są dość rozległe, na przykład wspomniana chata mierzyła 7 metrów długości, a więc mieściła grupę złożoną z około 20-40 ludzi (70; 100-102). Dość trudno sobie wyobrazić, by w takich warunkach mogły się formować małżeństwa monogamiczne, toteż były to raczej grupy złożone z kilku dorosłych mężczyzn oraz kilku kobiet wraz z nieodchowanymi jeszcze dziećmi. Wznoszenie mniejszych chat, w których mieszczą się pojedyncze rodziny, jest innowacją późniejszą. Wśród współcześnie żyjących plemion tradycyjnych powszechne jest już posiadanie przez każdą rodzinę osobnej chaty. W warunkach wielożeństwa własną chatę ma każda z żon, a mąż przebywa przez jakiś czas kolejno w chatach poszczególnych kobiet.

Być może już wcześniej pary pragnące zażyć rozkoszy szukały jakiegoś odosobnienia. Z pewnością jednak pojawienie się zabudowań mieszkalnych dało mocny impuls do tego, by ludzie zaczęli oddzielać się – przynajmniej na jakiś czas – od siebie. Stworzyło to całkiem nową jakość w życiu społecznym. Powstawała przestrzeń pewnej prywatności, jaka nie była wcześniej spotykana. Małpy naczelne wszystko, łącznie z kopulacją, pożywianiem się czy wypróżnianiem, robią publicznie i bez najmniejszego skrępowania. Prywatność taka objęła czynności wykonywane w domu, a więc między innymi także życie seksualne. Akty seksualne były zapewne odbywane początkowo tylko przypadkowo i przy okazji w bezpiecznym odosobnieniu. Wkrótce okazały się na tyle bardziej komfortową wersją seksu, że człowiek w nich zasmakował, nadając im wymiar intymny. Z czasem otoczył je aurą pewnej wstydliwości, a później nawet uznał za tabu.

Zauważyliśmy już wcześniej, że zwiększenie osobistego bezpieczeństwa w grupach ludzkich mogło mieć kluczowe znaczenie dla wydłużenia czasu trwania typowego stosunku seksualnego. Wydaje się, że wynalezienie budowli mieszkalnych odegrało w tym zakresie również sporą rolę. Dzięki temu ukształtował się ostatecznie znany nam dziś wzorzec reakcji seksualnych – ze stosunkowo długim wstępem, nazywanym fachowo zachowaniami przedkopulacyjnymi, oraz również długą, jak na standardy naczelnych, właściwą kopulacją, kończącą się widocznym orgazmem. O ile kwestią dyskusyjną jest występowanie orgazmu u zwierząt, w tym u innych naczelnych, to bez wątpienia skala orgazmu u człowieka zasługuje na wyróżnienie i nadanie jej rangi wyjątkowości. Dla osiągnięcia wysokiego poziomu rozkoszy seksualnej wydłużenie czasu stymulacji narządów płciowych oraz wzmożenie poczucia bezpieczeństwa musiały mieć wielkie znaczenie.

Sfera intymności została jeszcze wyraźniej zaznaczona z chwilą wynalezienia ubioru. Jak się jednak zdaje, wznoszenie budowli mieszkalnych znacznie wyprzedziło w czasie zapoczątkowanie zwyczaju ubierania się. Wedle cytowanych już badań nad genealogią wszy ludzkiej, wesz odzieżowa ewolucyjnie oddzieliła się od wszy głowowej około 42-72 tysięcy lat temu, co zdaje się świadczyć, że w tym mniej więcej czasie pojawił się ubiór jako część naszego wyposażenia kulturowego (65; 54). Mowa tu oczywiście o pełnym ubiorze ze skór, w którym mogły się zadomowić pasożyty. Nie wiemy jednak, czy pewne skromne elementy ubioru, jak na przekład przepaski biodrowe czy spódniczki z liści lub traw, jakich do dzisiaj używają plemiona tradycyjne, nie pojawiły się wcześniej.

Oczywiście, w tropikalnej Afryce, ojczyźnie ludzkości, ubiór nie pełnił raczej funkcji ocieplającej. Bardziej wchodziła w rachubę jego funkcja zdobnicza lub funkcja maskowania genitaliów. Znamienny jest fakt, że we wszystkich w zasadzie społecznościach tradycyjnych występuje znacząca dysproporcja w odniesieniu do funkcji maskującej ubioru. Kobiety powszechnie zasłaniają okolicę sromową lub sromowo-pośladkową, podczas gdy mężczyźni albo nie zasłaniają swoich części intymnych wcale, albo robią to tylko częściowo. Charakterystyczne nasadki na penisa, jakie stosują niektóre plemiona, mogą mieć przy tym charakter dużo bardziej praktyczny, aniżeli się przypuszcza. Na ogół sądzi się, że mają one osłaniać lub wizualnie powiększać członka. A wydaje się po prostu, że bieganie z dużym, swobodnym prąciem sprawiało ludziom pewne kłopoty, pomijając już dość komiczny obraz, jaki to stwarzało. Zasłanianie okolicy genitalnej dotyczy przy tym dojrzałych kobiet. Małe dziewczynki mogą pokazywać się całkiem nagie. Jak widać, pierwotną funkcją ubioru było zasłanianie intymnych części ciała, a cel ten ograniczony był początkowo do dojrzałych kobiet. Dlaczego? Najpopularniejsze wyjaśnienie fenomenu ubierania się odwołuje się do motywacji emocjonalnej. To męska zazdrość seksualna narzucała wymóg usuwania z pola widzenia widoku, który mógłby niepotrzebnie wzbudzać podniecenie u postronnych mężczyzn i skłaniać ich do niebezpiecznych zalotów (48; 74).

Taki punkt widzenia jest jednak ahistoryczny. Przenosi on w odległe czasy sposób traktowania nagości właściwy czasom współczesnym. Zanim człowiek zakrył po raz pierwszy strefę genitalną, nie miała ona w najmniejszym stopniu charakteru intymnego, wstydliwego. Było wręcz przeciwnie. Całkowite usunięcie oznak owulacji z tego obszaru, a więc wydatnego obrzmienia i mocnego zapachu, uczyniło genitalia organem ciała jeszcze bardziej niż wcześniej neutralnym seksualnie, takim samym jak inne części organizmu. Czego w takim razie ludzie mogli się wstydzić? Otóż pozostała pewna fizjologiczna cecha, która od razu rzucała się w oczy, a która nie przysparzała chluby. Były to... krwawienia miesięczne. Nie jest to widok nazbyt przyjemny, toteż jest wielce prawdopodobne, że właśnie widok cyklicznych krwawień chciały kobiety zamaskować przed wzrokiem współplemieńców. Wiemy skądinąd, że okres miesiączkowania jest traktowany do dzisiaj przez społeczności tradycyjne w bardzo szczególny sposób. Jest to dla nich okres swoistej „nieczystości” kobiet, magicznego zagrożenia dla grupy, a u niektórych ludów wymagane jest nawet odosobnienie miesiączkujących kobiet. Przepaski biodrowe miały zatem początkowo za zadanie tylko zamaskować menstruację, ukryć jej detale. Były pierwowzorem naszych dzisiejszych podpasek, a zarazem – ubioru jako takiego. Wydaje się bowiem, że również podstawową funkcją spódniczek było zasłanianie sromu. Zasłona z przodu nie spełniała dobrze swoich funkcji, ponieważ w trakcie zbierania na przykład runa leśnego albo podczas innego zajęcia w pozycji pochylonej uwydatniał się srom od tyłu.

Z biegiem czasu, w sposób chyba nie całkiem zamierzony nałożył się na zwyczaj używania tej zasłony wtórny proces oparty na psychologicznym mechanizmie kontrastu w spostrzeganiu. W wyniku tego procesu wytworzyły się nieznane wcześniej przeciwstawne pojęcia: ciała nagiego i ciała ubranego, strefy intymnej i strefy publicznie dostępnej, poczucie przyzwoitości oraz poczucie nieprzyzwoitości, czyli wstydu. Pojęcia takie są już wysoce rozwinięte u ludów tradycyjnych. Bronisław Malinowski relacjonuje na przykład, że u Triobrandczyków parę małżeńską obowiązuje etykieta, która nakazuje okazywać publicznie daleko idącą powściągliwość dotyczącą wzajemnych relacji seksualnych. Największym przekleństwem i śmiertelną zniewagą w ich społeczności są słowa skierowane pod adresem małżonka: kwoy um kwava, co znaczy „spółkuj ze swoją żoną” (44; 236-238).

 

Jak rodziło się małżeństwo

Inicjacja seksualna i późniejsze „próbne”, młodzieżowe związki seksualne stanowią okres przygotowujący jednostkę do podjęcia przez nią właściwej, podstawowej roli społecznej, jaką jest założenie własnej rodziny opartej na małżeństwie. Małżeństwo jest instytucją niezmiernie ważną, stanowi uznaną przez społeczność formę związku ludzi obu płci służącą wspólnemu zaspokajaniu ich potrzeb seksualnych, wspólnemu utrzymywaniu się oraz wydawaniu na świat i wychowywaniu potomstwa.

Pytanie o sposób, w jaki powstało ludzkie małżeństwo i rodzina, a także o sposób, w jaki instytucje te rozwijały się w dziejach naszego gatunku, jest jedną z ważniejszych i trudniejszych do rozwiązania kwestii. Pytanie to towarzyszy od samego początku dwóm pokrewnym dyscyplinom nauki – antropologii społecznej oraz etnologii. Przenosząc dość mechanicznie założenia ewolucjonizmu biologicznego na obszar życia społecznego, próbowano skonstruować fazy czy etapy rozwoju instytucji małżeństwa wzdłuż prostej linii od najstarszych i najmniej rozwiniętych do najwyżej rozwiniętych i nam współczesnych. Ewolucjoniści z końca XIX wieku uważali, że przez wszystkie wyróżnione stopnie rozwoju, i to w tej samej kolejności, przechodziło każde społeczeństwo.

Najszerszy bodaj wykład tych idei dał amerykański etnolog Lewis H. Morgan. Twierdził on, że początkowo wśród ludzi panował tak zwany pierwotny promiskuityzm, bezład płciowy, czyli swobodne, przypadkowe kontakty seksualne pomiędzy ludźmi. Następną fazą rozwoju miały być komuny rodzinne (communal family), których podstawę stanowiło wspólne zamieszkiwanie oraz współżycie seksualne rodzonych braci i sióstr. Morgan powołał się na tutaj stary hawajski zwyczaj językowy, wedle którego rodzeństwo określa się słowem punalua, oznaczającym nie tylko pokrewieństwo, lecz również związek seksualny. Wskazywał też na popularny w całej Polinezji sposób nazywania wszystkich krewnych swojego pokolenia jako „braci” albo „siostry”. Podobne znaczenie przypisywał zjawisku określania przez niektóre ludy azjatyckie tym samym słowem zarówno męża kobiety, jak i jej brata. Kolejnym stadium rozwoju miał być pewien rodzaj małżeństwa, w którym kilku braci poślubiało jedną kobietę. Od niego wywodzić miałby się sposób ustalenia pokrewieństwa „po kądzieli”, czyli od wspólnej matki. Ukoronowaniem rozwoju miało być wielożeństwo, a w końcu małżeństwa monogamiczne.

Szwajcarski prawnik Johann Bachofen dowodził z kolei, że pierwotną męską dominację u zarania ludzkości obaliły kobiety, i to one zaczęły sprawować władzę w formie matriarchatu. Dopiero znacznie później przezwyciężono ich dominację, a pozostałością po niej są bóstwa żeńskie w wielu religiach oraz matrylinearne systemy pokrewieństwa (1; 66-67).

W świetle późniejszych ustaleń nauki powyższe klasyfikacje straciły aktualność. Okazało się, że nawet społeczności plemienne pozostające na etapie kultury kamienia dysponują takim bogactwem i różnorodnością form życia małżeńskiego i rodzinnego, że założenie o istnieniu jakichś uniwersalnych, kolejnych, uporządkowanych szczebli rozwojowych stało się nie do utrzymania. Nie znaleziono też żadnych społeczeństw, w których nie byłoby takich lub innych ograniczeń nałożonych na zachowania seksualne, co podważyło tezę o pierwotnym promiskuityzmie.

\Konkurencyjne wobec ewolucjonizmu ujęcie zaproponowała tak zwana szkoła kulturowo-historyczna, powstała na początku XX wieku w Niemczech i Austrii. Jej przedstawiciele uważali, że prakultury zbieraczo-łowieckie dały początek dwóm gałęziom podstawowych kultur: matriarchalnym społecznościom rolniczym oraz patriarchalnym społecznościom klanowo-totemicznym. Teoria ta nawiązuje do słynnej koncepcji totemizmu, która była próbą wyjaśnienia powszechnie praktykowanej przez społeczeństwa ludzkie egzogamii – poszukiwania partnerów seksualnych poza własną grupą. Samo słowo totem pochodzi z języka indiańskiego plemienia Odżibwejów, ale większość społeczności tradycyjnych posiada słowa o podobnym znaczeniu. Oznacza się nimi zwierzęce bóstwo opiekujące się grupą osób uważanych przez społeczność za spokrewnione, a zatem objęte zakazem kazirodztwa. Skoro w ten właśnie sposób ukształtował się zakaz kazirodztwa u plemion tradycyjnych, to teoretycy uznali go za pierwowzór obowiązującej do dzisiaj egzogamii.

Dość ekscentryczne, choć swego czasu bardzo wpływowe stanowisko zajął Freud. Według niego pierwotne społeczeństwo miało kształt zbliżony do haremu, a jego władcę czczono jak boga. Młode samce zbuntowały się i zabiły władcę, po czym zaczęły uprawiać seks ze swoimi siostrami i matkami. Był to tak zwany „mord pierwotny”. Po pewnym czasie w poczuciu winy za ojcobójstwo przywrócono w formie totemu kult zabitego władcy i zaczęto składać ofiary przebłagalne jego duchowi. Zakazano też kazirodztwa, stanowiącego rzekomo naturalny ludzki popęd. Ślady tych dramatycznych przeżyć pozostać miały w zbiorowej podświadomości, co wyraża między innymi kompleks Edypa. Terminem tym nazywa się w psychoanalizie podświadome zainteresowanie o podłożu erotycznym przeżywane przez syna w stosunku do matki, połączone z równie podświadomą wrogością do ojca i lękiem przed nim (1; 68- 70).

Koncepcja Freuda pozostaje wszelako w sprzeczności ze znanymi dzisiaj faktami. Dzieje religii nie mogły się raczej zacząć od idei bóstwa osobowego, stosunków z najbliższymi krewnymi unikają nawet małpy naczelne, a walka o władzę w stadzie, także krwawa, jest u społecznych naczelnych czymś zwyczajnym i nie budzi raczej wyrzutów sumienia. Mord samca alfa, jeśli miał gdzieś miejsce, był akcją incydentalną, jednostkową i nie powinien raczej stać się ostoją zbiorowej podświadomości, zwłaszcza w takich społecznościach, które nie zdołały jeszcze wypracować środków komunikacji językowej.

Fenomen zakazu kazirodztwa, znany wszystkim ludzkim kulturom, posłużył wybitnemu francuskiemu antropologowi kulturowemu Claude’owi Levi-Straussowi do sformułowania ciekawej teorii. Według niego tabu kazirodztwa jest częścią natury człowieka, wyznacza granice pomiędzy zwierzętami a ludźmi, jest zatem istotą kultury. Tylko ludzie są zdolni do ustanawiania tabu. Sposób, w jaki określa się tabu i jego zakres, jest specyficzny dla poszczególnych kultur, a zatem definiuje te kultury.

Pogląd ten zakwestionował między innymi antropolog anglo-amerykański Robin Fox. Wskazał on na ciągłość rozwojową pomiędzy społecznościami małp naczelnych, homininów oraz ludzi, a tym samym na kontynuowanie przez społeczności ludzkie dawnego instynktu społecznego zwierząt. U naczelnych spotyka się zarówno pewne związki oparte na pokrewieństwie, na przykład pomiędzy matką a dziećmi lub pomiędzy rodzeństwem, jak i alianse osobników niespokrewnionych, na przykład związki seksualne. Nie można więc mówić o ostrej granicy pomiędzy światem ludzi i zwierząt, lecz tylko o stopniowym przejściu pomiędzy nimi (1; 79).

Jak słusznie zauważył w przystępnym kompendium z zakresu antropologii społecznej Alan Barnard, spór o początki społeczeństwa ludzkiego czy o początki kultury toczy się pomiędzy dwiema głównymi wizjami przemian społecznych – pomiędzy wizją zmian stopniowych, powolnych, gradualistycznych oraz wizją zmian skokowych, rewolucyjnych czy punktualistycznych (1; 80-81). W pierwszym przypadku mielibyśmy do czynienia z pewnego rodzaju kontinuum zmian, ciągłością rozwoju, w drugim – z widocznym przełomem, ostrą granicą pomiędzy światem ludzi i światem zwierzęcym.

Ciekawą próbę przezwyciężenia tradycyjnego dualizmu w tej kwestii podjął brytyjski antropolog Chris Knight. Zaproponował on dość niezwykłą koncepcję, łączącą biologiczne przemiany ewolucyjne ze zmianami kulturowymi. Jego zdaniem okres pierwotnego promiskuityzmu zakończył się około 70 tysięcy lat temu. Stało się to za sprawą swego rodzaju „strajku seksualnego” wszczętego przez kobiety. Zażądały one, by mężczyźni, jeśli chcą uprawiać z nimi seks, od tej pory dzielili się z nimi upolowanym mięsem. Fizjologicznym odpowiednikiem takich oczekiwań miała być równoczesna menstruacja u wszystkich kobiet w grupie, która uniemożliwiała spółkowanie (1; 80-81). Nie wiadomo, czy koncepcję tę zainspirował bardzo podobny pomysł Eurypidesa, który w komedii Lizystrata kazał spartańskim i ateńskim kobietom zawiązać spisek i odmówić uciech łoża wszystkim mężom, dopóki ci nie zakończą wojny pomiędzy oboma miastami.

Zespół badaczy amerykańskich wyróżnił dwa główne sposoby wyjaśniania powodów, dla których ludzie tworzą małżeństwa. Pierwszy z nich nazywany bywa modelem aprowizacyjnym (provisioning model), a odwołuje się on do aspektów ekonomiczno-społecznych: do podziału pracy wedle płci lub do opieki obojga rodziców nad potomstwem. Drugi z nich, model kojarzeniowy (mating effort model), akcentuje aspekty seksualno-reprodukcyjne: przewagę rozrodczą jednych osobników nad innymi oraz monopolizację dostępu do płodnej kobiety. Ten ostatni model zwraca zwłaszcza uwagę na brak prawdziwej ojcowskiej opieki nad potomstwem w społecznościach myśliwsko-zbierackich (76; 1643). Jak łatwo zauważyć, do pierwszego z tych modeli wypada zaliczyć między innymi omawianą przez nas koncepcję kulturotwórczej roli ognia R. Wranghama, a do drugiego – model reprodukcyjny ardipiteków O. Lovejoya.

Bardzo trudno jest określić czas, w jakim dokonały się najistotniejsze przemiany. Największa część badaczy uważa, że już społeczności myśliwsko-zbierackie cechowała skłonność do łączenia się w długotrwałe pary mężczyzn i kobiet, do tworzenia wielkich rodzin trójpokoleniowych, złożonych z rodziców, dzieci i dziadków. Towarzyszyć temu miała rozległa współpraca z innymi ludźmi, której podstawę stanowiły egalitarne wzajemne stosunki (34; 3289). Na pewno kluczowym momentem był okres wyodrębniania się naszego gatunku około 200 tysięcy lat temu, łączący się ze zmniejszeniem populacji do bardzo niewielkiej grupy osobników. Sposoby zachowania, jakie odziedziczyła po poprzednikach owa garstka naszych przodków, legły z pewnością u podstaw całego naszego późniejszego rozwoju.

W perspektywie ewolucyjnej małżeństwo u ludzi jest w jakimś stopniu kontynuacją dawnych związków seksualnych pomiędzy samicami i samcami u wczesnych homininów, a jeszcze wcześniej – u naszych wspólnych z naczelnymi przodków. O ile jednak zwierzęta nie mają odrębnych sposobów zachowań seksualnych o przeznaczeniu reprodukcyjnym i niereprodukcyjnym, to u ludzi małżeństwo zorientowane jest na posiadanie dzieci, a seks niereprodukcyjny jest domeną innego rodzaju relacji społecznych. Najbardziej jednak wyróżniającą cechą małżeństwa ludzkiego jest jego funkcja ekonomiczna, polegająca na wspólnym utrzymywaniu się małżonków, prowadzeniu wspólnego gospodarstwa domowego, a przynajmniej udzielaniu sobie wzajemnej pomocy w tym zakresie. Inną wyraźnie różnicującą cechą jest funkcja wychowawcza, socjalizacyjna w odniesieniu do dzieci, wypełniana przez oboje rodziców. Wspólna opieka rodzicielska jest wprawdzie znana niektórym gatunkom zwierząt, na przykład ptakom gniazdowym czy lwom, jednak opieka ojcowska u ludzi obejmuje nie tylko ochronę i dostarczanie środków niezbędnych do egzystencji, lecz także działania wychowawcze. Te nowe funkcje małżeństwa wiążą się oczywiście z szerszym kontekstem społecznym, to znaczy ze wzrostem złożoności stosunków społecznych w gromadach ludzkich oraz z rozwojem kultury.

Czy jednak w rozwoju społecznym naszego gatunku miał miejsce gwałtowny przeskok, czy też zachowana została zasadnicza ciągłość? Spróbujmy przyjrzeć się bliżej temu zagadnieniu.

 

Promiskuityzm i jego skutki

Nasze rozważania zacznijmy od form małżeństwa uznanych przez dawniejszych uczonych za najstarsze w dziejach ludzkości – od pierwotnego promiskuityzmu. Podstawę takiego domniemania stanowiło założenie, że nasi odlegli przodkowie wykazywali podobne sposoby zachowania jak małpy. Mimo że pogląd ten pochodzi jeszcze z końca XIX wieku, jak mogliśmy się przekonać w toku dotychczasowych rozważań, nie był on całkiem daleki od prawdy. W 1998 roku w zakończeniu jednego ze swoich artykułów F. de Waal napisał:

najbardziej udane rekonstrukcje naszej przeszłości będą się opierać nie na analogiach z szympansami, ani nawet z bonobo, lecz na trójstronnych porównaniach między szympansami, bonobo a ludźmi (73; 88).

System społeczny szympansów istotnie jest do pewnego stopnia, a w przypadku bonobo całkowicie promiskuistyczny. Jeśli najwcześniejsze homininy organizowały się w grupy wielosamcowe, to wśród nich również nieuchronny był pewien stopień promiskuityzmu. Kontrowersje wokół koncepcji promiskuityzmu u ludzi wynikać mogą zatem z niejasnej chronologii rozwoju w naszej linii ewolucyjnej, a także z nieporozumień wokół terminologii. Jeśli istotnie panował niegdyś bezład płciowy wśród homininów, to istnienie w tych warunkach małżeństw w pełnym tego słowa znaczeniu rzeczywiście może budzić wątpliwości. Sprzyjało to bowiem raczej przejściowym, przelotnym kontaktom seksualnym, a nie trwałym i stabilnym związkom, jakich oczekiwalibyśmy od związków małżeńskich. Pierwotny promiskuityzm należałoby więc rozumieć bardziej jako pewien etap w ewolucji homininów, a nie formę małżeństwa ludzkiego.

Czy w ogóle są jednak jakieś dowody na istnienie zachowań promiskuistycznych u naszych przodków? Wśród współczesnych tradycyjnych społeczności nigdzie nie ut­rzymały się tego typu zachowania jako podstawa organizacji społecznej, ale w dziejach człowieka możemy dostrzec tu i ówdzie pewne pozostałości, resztki takich porządków. Są one widoczne w pewnych specyficznych zwyczajach występujących w różnych czasach i różnych stronach świata, których cechą charakterystyczną jest czasowe zawieszenie obowiązujących norm społecznych i dopuszczenie do większej swobody seksualnej w tym okresie. Najbardziej znanymi tego rodzaju zwyczajami są obchody święta dionizjów w starożytnej Grecji albo bachanaliów w Rzymie. Podczas nich ludność w ustrojonych odświętnie korowodach, przypominających trochę nasze współczesne „parady miłości”, powszechnie nadużywała wina, po czym oddawała się wyuzdanym praktykom seksualnym w rozmaitych układach partnerskich i grupowych. Podobne zwyczaje panowały we wszystkich niemal kulturach Starożytnego Wschodu, od Sumerów, Babilończyków i Asyryjczyków począwszy, przez Hetytów i Egipcjan, na Grekach i Rzymianach kończąc.

Wszelako wśród ludów Bliskiego Wschodu bardzo ciekawy wyjątek stanowili wyznawcy judaizmu. Na przykład można się zastanawiać, czy z przypadkiem rytualnego promiskuityzmu nie mamy do czynienia w słynnej biblijnej opowieści o Sodomie. Jak pamiętamy, w czasie gdy dwaj aniołowie odwiedzili Lota w Sodomie, przed jego domem zebrał się tłum, który żądał wydania przybyszów, by móc sobie z nimi poswawolić. Zrozpaczony Lot proponował im wydanie w zamian za gości własnych córek, jednak tłum oburzył się na tę propozycję i upierał się, by wyszli do niego cudzoziemcy. W końcu zabrano się nawet do wyważania zaryglowanych drzwi. Incydent ten, dość zdumiewający i niezrozumiały nie tylko dla dzisiejszego czytelnika, inaczej prezentuje się w kontekście różnic kulturowych pomiędzy tamtejszymi miastami-państwami. Jeśli w tamtych czasach w Sodomie, która pozostawała pod silnym wpływem sąsiedniej kultury asyryjskiej, odbywało się zwyczajowe święto rozpusty, to istotnie mógł się pojawić duży tłum przed domem, w którym goszczono cudzoziemców. Stosunek z nimi mógł się wydawać jakąś odmianą i atrakcją mieszkańcom, którzy najwyraźniej byli już przesyceni i znużeni seksem z dobrze znanymi współmieszkańcami tej niewielkiej w końcu osady. Wyjaśniałoby to również, dlaczego Lot nie podjął żadnych prawnych, urzędowych środków obrony wobec agresji tłumu, a wręcz przeciwnie – wykazał się sporą uległością, proponując tłumowi zażycie uciechy ze swoimi córkami. Najwyraźniej tłum miał jakieś uzasadnione, oparte na prawie zwyczajowym podstawy dla swoich żądań. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że gdyby Sodoma była miastem zupełnego bezprawia, jak można by sądzić z samej tylko opowieści, to Lot zapewne nie pozostawałby w tym mieście przez wiele lat. Dla późniejszych judaistycznych autorów zbioru opowieści biblijnych taki zwyczaj okazać się musiał niezrozumiały i barbarzyński.

Ciekawe i nie mniej zdumiewające zjawisko zachowało się w niektórych zwyczajach ludów pierwotnych. Bronisław Malinowski opisuje na przykład obserwowany u Triobrandczyków zwyczaj dozwolonego napastowania seksualnego przez grupę kobiet napotkanego poza wioską samotnego mężczyzny. Podbiegały do niego, zdzierały z niego ubranie, o ile miał coś poza przepaską na biodrach, i wielokrotnie go gwałciły. Podobny zwyczaj był spotykany u wielu plemion w Afryce.

Nie zawsze były to jednak zachowania marginalne. Afryka bardzo długo była oazą niezwykle dużej swobody seksualnej. XVIII-wieczny brytyjski podróżnik i urzędnik kolonialny William Smith w książce Nowa podróż do Gwinei pisał:

Jeśli kochankom trafia się najmniejsza choćby okazja uprawiania miłości, oddają się jej natychmiast. (...) Tu nie ma potrzeby, by mężczyzna tracił swe siły na słodkie słówka i namawiał do oddania mu się, bo ona nie udaje nieśmiałej i oziębłej w uczuciach. W rezultacie ta część świata nie jest gnębiona przez kokieterię i fałszywą cnotę. (...) Tutejsze panny – bez najmniejszego wahania – skoro tylko zdarzy się okazja, rzucają się w ramiona mężczyzn. Ci zaś, jeśli tylko dostrzegą, że wybranka nie ma na nich ochoty, zostawiają ją i idą do innej, która tak samo, a może i lepiej, potrafi im dogodzić. (...) Prawdziwa skromność, czystość, umiarkowanie seksualne polegają na tym, aby powstrzymać się od współżycia z kobietami, kiedy są one w ciąży albo mają okres, a także by nie spółkować z kobietami na ulicy lub w obecności innych (52; 17-18).

Inny brytyjski podróżnik i urzędnik kolonialny John Matthews pozostawił nam taki oto opis afrykańskiej krainy Sierra Leone w XVIII wieku:

Uważa się tu za wysoce nieobyczajne, by zamężna kobieta odrzuciła zabiegi miłosne admiratora jej wdzięków i to pomimo srogiej kary, jaka ją czeka, jeśli jej niewierność zostanie wykryta. Miłostki w żadnym stopniu nie naruszają jej dobrej reputacji. Wprost przeciwnie. Prawie każda zamężna kobieta, zgodnie z lokalnym obyczajem, ma swojego oficjalnego galanta, którego sama wybiera i którego sama nakłania do schadzek. I żadna też nie stara się tego ukryć przed swoim mężem. Bo nawet jeśli prawo przewiduje srogie kary za niewierność, to trzeba dysponować niemałą siłą, żeby samemu prawo takie uruchomić. Tylko najzamożniejsi mogą sobie na to pozwolić. Ale jedna reguła jest święcie przestrzegana: kobiety zawsze zgodnie z prawdą deklarują, kto jest ojcem ich dziecka (52; 78).

Obserwacje te pozostają w pewnym sensie aktualne do dzisiaj. Swobodne i intensywne życie seksualne Afrykańczyków jest zmorą aktywistów walczących z epidemią AIDS i chorób wenerycznych, ponieważ bieda oraz nieufność wobec technicznych nowinek w tej dziedzinie stawia tamę stosowaniu na większą skalę prezerwatyw.

Czy trzeba zresztą sięgać aż do Czarnej Afryki? Żydowski kupiec i podróżnik z X wieku Ibrahim ibn Jakub pisał, że ówcześni mieszkańcy Polski znani byli z wielkiej swobody seksualnej. Kobieta, która nie straciła dziewictwa przed ślubem, uważana była za niewiele wartą, skoro nie znalazła dotychczas odpowiedniego kochanka.

Przejawy incydentalnego promiskuityzmu, owych świąt rozpusty, są zwykle przez naukę interpretowane jako relikty dawnych zachowań, które społeczeństwa pozostawiły sobie jako coś w rodzaju „wentylu bezpieczeństwa”, wyjątkowej furtki, która pozwala ujść napięciom popędowym, gromadzącym się w zwykłym czasie z powodu skrępowania surowymi normami obyczajowymi. Uważa się, że dalekim echem takich zachowań są nowożytne karnawały, podczas których znacznie wzrasta swoboda obyczajowa, a osłabieniu ulegają hamulce moralne. Jednak pogląd ten milcząco zakłada, że na jakimś wcześniejszym stadium rozwojowym społeczeństwa istotnie panował promiskuityzm. Stał się on na tyle naturalną formą współżycia, że jego zanik powodował duży uszczerbek dla naturalnych potrzeb człowieka i należało do niego powracać w krytycznych momentach. Jest to więc de facto przyznanie słuszności dawnej koncepcji pierwotnego promiskuityzmu i kolejnych stadiów rozwoju kultury.

Rozważając tę kwestię, nie sposób nie powrócić do naszych wcześniejszych uwag o rozciągnięciu receptywności seksualnej człowieka na cały rok, co miało służyć pełniejszemu zaspokojeniu potrzeb seksualnych mężczyzn. Znając już szczegóły organizacji społecznej niektórych naczelnych, wiemy, że w ich stadach tylko pozornie panuje nieokreślony bezład płciowy. W istocie ich zbiorowe życie seksualne jest dość przejrzyście uregulowane, a poszczególne osobniki czynnie angażują się w obronę przysługujących im uprawnień. Jedynym znanym nam przykładem promiskuityzmu w pełnej postaci wśród naczelnych są bonobo. Można przypuścić, że w tym zakresie kierunek rozwoju w linii ewolucyjnej szympansów biegł od szympansów zwyczajnych do bonobo, czyli od grup wielosamcowych pozostających pod panowaniem samców alfa – do promiskuityzmu o nachyleniu matriarchalnym. Co ciekawe, towarzyszyło temu, podobnie jak u homininów, stałe poszerzanie okresu receptywności seksualnej. Niewykluczone, że ewolucyjnie proces ten trwa u bonobo nadal i osiągnąć może w przyszłości jeszcze bardziej zaawansowaną formę. Kluczową rolę w przemianach społecznych u bonobo odgrywają samice, które w wyniku tych przemian zdają się zyskiwać przewagę nad samcami. Czy przypadkiem rozszerzanie ich receptywności seksualnej nie było swego rodzaju środkiem, narzędziem, dzięki któremu umocniły one swoją pozycję społeczną? Wydłużona poza czas owulacji dostępność seksualna samic nie została ustanowiona w ich biologicznym interesie, ponieważ w żaden sposób nie powiększała ich sukcesu reprodukcyjnego. Najwyraźniej służyła zaspokojenia potrzeb samców, a być może także poprawieniu społecznego wizerunku samic, podniesieniu ich rangi. Może w ten właśnie sposób, w tej swoistej międzypłciowej grze sił znaczenie samic wzrosło do tego stopnia, że zyskały one możność decydowania o rozdziale zasobów seksualnych, o doborze partnerów. W efekcie stado stało się matriarchalnie zorientowane. Utrata dominującej pozycji przez samce alfa prowadziła przy tym do poszerzania promiskuityzmu. Podobny proces można zaobserwować chyba w przypadku pawianów sawannowych, które są z pewnością bardziej promiskuistyczne od pawianów płaszczowych, z ich sztywną strukturą haremową.

Są to, rzecz jasna, jedynie przypuszczenia, których nie da się zastosować wprost do społeczeństw ludzkich. Nie można jednak nie zauważyć pewnych analogii. U ludzi stroną inicjującą poszerzanie się receptywności musiały być kobiety. Ich organizmy zawsze wyznaczają biologiczne granice, w których receptywność obu płci w ogóle jest możliwa. Zagadnienie pierwotnego promiskuityzmu w pewien nieuchronny sposób prowadzi nas więc do dawnej, wyblakłej koncepcji matriarchatu. Czyżby tkwiło w niej jednak jakieś ziarno prawdy?